61% Polaków akceptuje klapsy. Czy większość się myli?

Pracując w koszalińskim Towarzystwie Przyjaciół Dzieci czasami muszę przedzierać się przez długie raporty co, wbrew pozorom, też bywa ciekawe. W ten sposób przeczytałam coś, czego się zupełnie nie spodziewałam. Sądziłam, że po sześciu latach od wprowadzenia w życie prawnego zakazu bicia dzieci, sytuacja najmłodszych będzie wyglądała znacznie lepiej. Tymczasem wciąż jest bardzo źle.

W styczniu 2016 Rzecznik Praw Dziecka, Marek Michalak napisał, że:

"Z monitoringu prowadzonego przez Rzecznika Praw Dziecka wynika, że około jedna trzecia Polaków nadal aprobuje bicie dzieci w wychowaniu. Tyle samo osób uznaje bicie za skuteczną metodę wychowawczą. Jeszcze więcej, bo aż 61%, akceptuje stosowanie klapsów"

Powtórzę:

  • 1/3, czyli 33% Polaków aprobuje bicie dzieci 

  • 1/3, czyli 33% Polaków uznaje bicie za skuteczną metodę wychowawczą

  • prawie 2/3, dokładniej 61% Polaków akceptuje stosowanie klapsów.

Czy teraz widać lepiej? 

Zakaz kar cielesnych

Dla 28 proc. Polaków klaps to nie jest to samo, co bicie! Aż 61 proc. Polaków łamie prawo na co dzień. Bo przypomnę: Kodeks Rodzinny i Opiekuńczy stanowi:

„Art. 961. Osobom wykonującym władzę rodzicielską oraz sprawującym opiekę lub pieczę nad małoletnim zakazuje się stosowania kar cielesnych”.

Artykuł ten został dodany do KRiO 1 sierpnia 2010 roku.
Klapsy, to przecież jak najbardziej jest kara cielesna.
Czy z tego wynika, że mamy w kraju 61 proc. ludzi, którzy świadomie łamią prawo lub łamaliby, gdyby mieli dzieci? Czy też może mamy samych ignorantów, którzy jeszcze nigdzie nie przeczytali, nie usłyszeli, nie zauważyli, że w Polsce kary cielesne są zakazane? Bardzo w to wątpię.
Raczej wszystkie te osoby myślą, że inaczej nie da się wychowywać.

Rachunek prawdopodobieństwa

Pomyślmy. Problem jest jeszcze poważniejszy. Jeżeli założymy dla uproszczenia, że rodzice dobierają się zupełnie losowo, to oznacza, że około 93 proc. dzieci w Polsce ma przynajmniej jednego rodzica, który jest przekonany o słuszności kar cielesnych

Policzyłam to tak: Załóżmy, że mamy 100 Polaków. 61 z nich (61%) uważa, że klapsy są OK, a 39 uważa, że nie. Teraz dobierzmy ich w pary-rodziców. Policzmy prawdopodobieństwo, że oboje rodziców uważa, że klapsy są złe:

ZBIÓR WSZYSTKICH KOMBINACJI=100*99=9900

ZBIÓR PASUJĄCYCH KOMBINACJI=39!/(2!*(39-2)!=39!/(2*37!)=(39*38*37!)/(2*37!)=(39*38)/2=741

Prawdopodobieństwo, że dwóch rodziców równocześnie uważa, że klaps jest zły jest więc takie:

741/9900=0,0748=7,48%

Czyli tylko 7% jest takich par, w których oboje uważają, że klaps jest zły. Co daje aż 93% par pozostałych.

Wychowanie bez bicia i kar

Wniosek? Przerażający! Z rachunku prawdopodobieństwa wynika, że około 93 proc. dzieci ma przynajmniej jednego rodzica, który akceptuje kary cielesne. A to oznacza, że gdy widzisz 10 dzieci, to aż 9 z nich najprawdopodobniej zna klapsy z własnego doświadczenia.
Skąd bierze się tak bardzo powszechne w społeczeństwie przeświadczenie, że wychowanie bez bicia i kar się nie sprawdza? Domyślam się, dlaczego tak się dzieje. Bo też byłam bliska dojścia do takiego wniosku.

Przejmowanie władzy

Wychowaliśmy z mężem dwóch synów. Starszego w sposób tradycyjny (do pewnego momentu), drugiego nigdy nie uderzyliśmy i nie ukaraliśmy. Młodszy syn – uroczy, miły i pełen energii. Marcin – niepostrzeżenie, z uśmiechem, przejmował władzę w domu. Niewiele zabrakło, aby się to skończyło bardzo źle. Dla nas i dla niego.
Prawda jest taka, że dzieci wychowywane przez rodziców, którzy w prosty sposób stosują narzucony odgórnie nakaz „nie bij” i „nie karz”, zwykle przejmują władzę w domu. A wtedy, wbrew pozorom, życie wcale nie staje się proste i miłe – i to nie tylko dla rodzica. Dziecko nie jest na tyle silne, aby bez szkód nieść przez całe dzieciństwo ciężar władzy. Dziecko rządzące jest dzieckiem krzywdzonym. I to wcale nie mniej, niż przez tradycyjne kary i bicie.

Kiedy dziecko rozkazuje

Takie dziecko żyje w ciągłym zagrożeniu. Rośnie, dojrzewa w przekonaniu, że nie może liczyć na nikogo, bo wszyscy jego bliscy są słabi. Ci, którzy mieli go chronić do czasu aż dorośnie – rodzice – okazują się słabsi od niego! Bo przecież spełniają każdą jego zachciankę. Dziecko wydaje się zadowolone i łaskawe. Wydaje się lubić władzę. Na pewien czas wraca do domu spokój.
Pozorny, bo nie ma dziecka, które zniesie bez szkód dla siebie przekonanie, że jest odpowiedzialne za wszystkich, których kocha, że od niego zależy, gdzie pójdą i co będą robić, że wystarczy jedna jego niesłuszna decyzja i cała rodzina może zginąć, rozsypać się, zagubić w rzeczywistości lub w przestrzeni. Przy każdym poważniejszym kłopocie jest przekonane, że to ono czegoś nie dopilnowało. Wtedy nie może do nikogo zwrócić się o pomoc. Bo przecież nie pójdzie do tych, którzy słuchają jego rozkazów.

Agresja i strach

Rodzice rządzących dzieci mówią mi czasami:

„Pozwalam mu decydować, bo ono lubi rządzić. To jest dobre, ono przecież musi się uczyć dorosłego życia. Widocznie ma charakter przywódcy, nie zamierzam go łamać”.

Z czasem dopiero dostrzegają, że to wcale nie jest dobre. Z ich ukochanym dzieckiem dzieje się coś złego. Pojawia się agresja. Jak u małego pieska, który jest agresywny, bo się przeraźliwie boi. Agresja nie jest nigdy świadectwem odwagi, lecz świadectwem głębokiego strachu.
Dziecko rządzi wrzaskiem, rozkazami. Siłą tłumi każdy bunt. Ponieważ się boi. Boi się – podkreślam.

Siła nie stłumi buntu

Czy jest dobre rozwiązanie, wyjście z tej sytuacji, dobre dla dziecka? Oczywiście, że jest. Rodzic powinien przejąć w domu rządy. Łagodnie, ale stanowczo, zdecydowanie. Bez bicia. Bez kar. Bez agresji i bez strachu.
Jeżeli rodzic rządzi wrzaskiem, rozkazami, siłą tłumi każdy bunt, to znaczy, że się boi. Boi się, że sobie nie poradzi, że wychowa tyrana, że jeżeli dziecko natychmiast i bezwarunkowo nie podda się jego woli, to nic dobrego z niego nie wyrośnie. Nie wie, jak inaczej może sobie poradzić.
A przecież można rządzić bez strachu. Tak, aby stać się dla dziecka opoką, przystanią bezpieczeństwa i wzorem. Partnerem. Spokojnym, zdecydowanym rodzicem, który jest silny wewnętrznie i potrafi swoją postawą przekonać dziecko, że może dorastać spokojnie, bo jest przy nim bezpieczne.

Silny, mądry rodzic 

Ma zawsze wykonalne wymagania. Gdy dziecko zrobi coś źle, reaguje spokojnie. Nie bije, nie karze, nie szantażuje, nie wywołuje poczucia winy.
Spokojnie mówi, czego oczekuje i mówi, jaka konsekwencja czeka dziecko, gdy następnym razem powtórzy ten błąd. Nie karę, tylko wykonalną konsekwencję, najlepiej naturalną. Na przykład wytrze rozlane mleko, umyje szklankę, wykona laurkę dla kogoś, komu zrobił przykrość.
Gdy silny rodzic coś zapowie, to jest bardzo konsekwentny, zawsze zadba, aby dziecko wykonało zapowiedzianą wcześniej konsekwencję, jeżeli ono powtórzy ten sam błąd. Dopilnuje wykonania konsekwencji, ale bez krzyku.

Prawo do błędu

Silny i mądry rodzic wie, że błędy każdemu się zdarzają i że tym bardziej dziecko ma do nich pełne prawo. Taki rodzic jest spokojny i pewny siebie bo wie, że jeżeli dziecko poddaje się konsekwencji, to się uczy. Wie, że po kilku razach nauczy się nowej zasady. Dłużej, ale za to bez przymusu i bez strachu. Dłużej, ale z poczuciem, że jest kochane i z przekonaniem, że ma pełne prawo popełniać błędy.
Jednocześnie dziecko wie, że nikt go nie ukarze ani też nie przymknie na to oka. Nauczy się nowej zasady po prostu dlatego, że stosowanie się do tej zasady jest wygodniejsze – nie trzeba wykonywać konsekwencji. Nauczy się również, że kiedy rodzic coś postanowi, to tak zrobi i tak będzie. Bo jest zdecydowany, silny i odważny. Jego rodzic, który jest dla niego mądrym, przewidywalnym opiekunem.

Pomogliśmy naszemu synowi

Marcin rządził nami do 8 roku życia. Z rozkosznym urokiem.

Wydawał się szczęśliwy i zadowolony, dopóki nie musiał pójść do szkoły. Wtedy dopiero było widać, że coś z nim się dzieje. Okazało się, że ma ADHD. Na szczęście, bo swój strach wyrażał dużo wyraźniej, niż inne dzieci i nie pozwolił nam tkwić w przekonaniu, że wszystko jest OK i wreszcie jakoś się ułoży.
Intensywnie poszukiwałam, jak mu pomóc. Poznałam terapię behawioralno-poznawczą. Z zasadami i konsekwencjami i z silnymi rodzicami. Nie było nam łatwo się zmienić, ale jakoś się udało.
Pomogliśmy naszemu synowi. Jednak naprawdę niewiele brakło, żeby zasada „nie bij” bardzo mu zaszkodziła, zamiast pomóc.

Przestarzałe instrumenty

Nie można zostawiać rodziców z prostym „nie bij”, bo część z nich wychowa tyranów lub uzna, że prawo jest złe. Czy zatem aż 61 proc. Polaków się myli? Tak, myli się. Bicie, kary, szantaż emocjonalny i klapsy są bardzo złe.
Każdy z nas to wie i czuje, szczególnie, jeżeli kiedyś był bitym dzieckiem. Jednak potem wychowuje własne dzieci i widzi, że nie potrafi inaczej; mówi sobie: „Jakoś wyszedłem na ludzi, widocznie te stare metody nie są takie złe”. Bo kto wie, czy podporządkowany dziecku rodzic nie jest jeszcze gorszy.
Skoro zabieramy rodzicom przestarzałe instrumenty, które stosowali przez całe pokolenia ich/nasi przodkowie, to musimy dać im coś w zamian. Niech wiedzą, że władza koniecznie musi pozostać w ich rękach i nauczą się, jak ją utrzymać bez agresji.

Liczba do zapamiętania

Inaczej może stać się tak, że po prostu spróbują przez jakiś czas „nie bić” i tylko utwierdzą się w przekonaniu, że tak się nie da, wracając do tych 61 proc. Polaków lub też – co gorsza – nie zauważą problemu i wychowają agresywnego, wystraszonego tyrana.
Jeżeli chcesz dowiedzieć się, jak przejęliśmy w domu władzę, przeczytaj serię "Ponury dominator".

Przypominam: 61 proc. Polaków. Tę liczbę warto zapamiętać. Pewnie nie należysz do nich, skoro to czytasz. A może tak, jak ja kiedyś, czujesz się bezsilny i szukasz innego wyjścia.

Jest inne wyjście, warto wiedzieć i o tym pamiętać.